Franek
bajka polska
![]() |
Ilustracja: Joanna Knap |
A co tam za hałas?
- To Franek wrzeszczy!
- Cóż mu się stało?
- A nic. Tak, z rozpusty!
- A kto tę szybę wybił?
- To Franek kamieniem cisnął.
- A kot czego tak miauczy?
- Franek go poturbował!
- Cóż to za urwis spod ciemnej gwiazdy! A to bić, a kija nie zdejmować z niego!...
I nic innego nie było słychać w całej kamienicy o tym Franku, tylko takie mowy.
Tak się ten chłopak wszystkim dał we znaki!
Raz konewkę praczce chwycił, w kąt schował. Praczka chodzi, lamentuje, wymyśla, a Franek patrzy i śmieje się jej w żywe oczy.
- Franek - mówi praczka - ty pewno wiesz, gdzie moja konewka!
- Ja? Skąd bym wiedział!
- Boś ją schował!
- Ja ją schował? Widzieliście, jakem ją chował?
I tak się nastawił, jakby mówił najprawdziwszą prawdę. Praczka do izby, a Franek po konewkę i na drodze ją stawia. Praczka wychodzi, patrzy - jest konewka!
- W imię Ojca i Syna! A toć konewka! A takem naglądała i nie było! Czy tuman jaki, czy co?
A Franek aż się za boki bierze i pokłada od śmiechu.
Innym razem patrzy, wyleguje się pudel panny Gertrudy na oknie od podwórza na dole. A taki tłusty! Muchy mu chodzą po nosie, a on nawet łapą nie ruszy. Ogromny pieszczoch z tego pudla, na samych łakotkach chowany. Frankowi już psota przyszła do głowy: próbuje ręką dostać i w ogon go uszczypnąć, ale za wysoko. Wtem nawija się kot maglarki. Ten kot jest także faworytem i także tak samo prawie tłusty jak pudel panny Gertrudy. Spostrzegłszy kota Franek chwyta go za przednie łapy, buja przez chwilę dla lepszego rozmachu, po czym bęc! - kotem o pudla. Naraz powstał wrzask i pisk, że opowiedzieć trudno! Kot był pewny, że to pudel go napadł, bronił się tedy zębami i pazurami.
Pudel rozumiał, że to kocia sprawka, a nie mogąc napastnikowi dać rady wrzeszczał wniebogłosy. Wkrótce ukazały się w oknach właścicielki bijących się ulubieńców. Panna Gertruda chwyciła kota za kark i przyłożyła mu parę klapsów.
- A masz! A masz!...
- Proszę nie bić mego kota! - wołała maglarka. - Proszę go zaraz puścić!
- A, to pani kot?... Dobrze, że wiem! Pieska mego w mieszkaniu moim napadł! Może jest wściekły!
- Co?... Mój kot wściekły? To chyba ten szkaradny pudel pani jest wściekły!
- Mój pudel szkaradny?... Jak pani może tak się o moim Filonku wyrażać?
I zaczęły się wymówki coraz głośniejsze, a Franek aż się tarza ze śmiechu. Taki był ten chłopak złośliwy i psotny. Na wołowej skórze nie spisałby wszystkich jego sprawek. Ojciec, jak ojciec, mało w domu siedział: to wodę nosił, to ulicę zamiatał, to śnieg wygarniał, niewiele mógł wdawać się w te rzeczy.
Ale co ta matka przeszła z tym chłopakiem, to strach! Kochał ją, bo kochał; ale cóż, kiedy jednej chwili nie usiedział spokojnie! Dnia nie było, żeby piekła jakiego nie zrobił. A jak ubranie darł! Nastarczyć mu nie można było. Ledwo mu matczysko uszyło koszulinę albo i kurteczkę, już z niej w tydzień szmaty!
- Mamuniu złocista, ja sam nie wiem! Tak się oto rozdarło...
- Nie wiesz? Ty nie wiesz? A kto po drzewach łazi? jak- nie ty? Patrzcie, ludzie! Koszula taka jeszcze dobra, co z rękawami porobił! Aj, chłopaku, chłopaku! Gdzie ty sumienie masz?... A toć ty nas ze wszystkim zmarnujesz!
- Mamuchno złota, ja się już poprawię!
- Poprawisz ty się wisusie, poprawisz! Z pieca na łeb! Już ja znam twoją prawdę! Co dzień obiecujesz, a zawsze to samo!
I prawda! Co się ten chłopak nie nacałował matki, co się nie naobiecywał, że już będzie lepszy - wszystko na nic. Ledwo przez próg przejdzie, już mu w głowie nowa psota, nowa awantura. Ojciec może by temu i dał rady, bo miał porządny pasek rzemienny, co nim opasywał kożuch. Ale matczysko nie skarżyło się nigdy. Jeden tylko był, więc jak mogła, tak zabiegała. Połata, wypierze, wyburczy, no i tak szło, a poprawy żadnej nie było. Ale i jej było coraz trudniej i tylko ręce załamywała myśląc, co z tego chłopaka będzie.
Kuma i sąsiadka, Pawłowa, nieraz z nią o tym radziła:
- Moja kumo złota! - mawiała stróżka. - Co z mego urwisa wyrośnie, to ja nie wiem!
A kuma na pociechę:
- Co ma być, szubienicznik, i tyle!
Aż raz umarła w tej kamienicy uboga wyrobnica, wdowa - i zostawiła sierotkę, małego Karolka, co jeszcze roku nie miał. Złożyli się ludzie na trumnę, na pogrzeb, bo tam grosza u tej wdowy ze świecą by nie znalazł, pochowali; ale kiedy przyszło o sierocie radzić, co z nim począć, każdy westchnął tylko.
- Ja sama czworo mam! - mówiła jedna z kobiet.
- U nas też bieda aż piszczy! - mówiła druga.
- Żeby tak większy, tobym wzięła - mówiła trzecia. - Posłużyłby, zakołysałby mego Jaśka. Ale cóż! Toż to i piastować by jeszcze trzeba!
Więc kiedy tak stoją i radzą, Franek matkę w rękę całuje i prosi:
- Mamuchno złota! Weźmy tego Karolka.
- Co ci w głowie?... Ja na ciebie, ty urwisie, nastarczyć nie mogę, a będę jeszcze obce brała?...
Ale Franek nie ustawał molestować matki:
- Mamuchno złota! Mamuchno jedyna! On taki biedny! Taki mały! Tak tam piszczy jak ten wróbelek!
Matka broniła się, jak mogła.
- Daj mi ty spokój i z twoim Karolkiem! Dość ja z tobą jednym mam biedy!
Franek się wyprostował, zabłysły mu oczy.
- Mamo! - zawołał bijąc się kułakiem w podartą kamizelczynę. - Słowo honoru mamie daję, że jak mama Karolka weźmie, to ja się poprawię. No, już ja mamie powiadam! Ma mama moje słowo! Jak ja się nie poprawię - tom kiep!
Jeszcze się w piersi bił, kiedy wszedł ojciec i postawiwszy w kącie miotłę rzekł:
- A wiesz, matka, że ja bym tego tam bąka, tę sierotę ze sutereny wziął...
A Franek buch ojcu do nóg.
- Tatuńciu złocisty! Tatuńciu serdeczny, jedyny!...
- A tobie co, chłopaku? - pyta ojciec.
Ale Franka już w stancji nie było. Jak iskra prysnął do suteren, dzieciaka na ręce porwał i przyniósł.
Matka aż w głowę zachodzi.
- Moja kumo! - mówi do sąsiadki. - Ten chłopak, to jakby mi go kto przemienił, taki teraz spokojny, taki dobry!
A kuma:
- Ej! Nie dowierzać! Niedługo to tego będzie!
A nieprawda! Czas mijał, a Franek jakby nie ten, jakby go miodem smarował, taki posłuszny, taki uległy, taki uległy, taki cichy. Dziwią się wszyscy w domu, aż głowami kręcą. Nikt już szyb po sieniach nie wybija, nikt nie dudni piętami po schodach, konewkę gdzie postawią, tam dostoi. Aż miło! Kot z pudlem nawet już się nie biją. A matka ręce składa, a Bogu dziękuje.
Nawet koszule Franek przestał drzeć; a kiedy mu matka nowe sprawić chciała:
- A... nie, mamuchno! - mówi. - Jeszcze mi te stare wyłatajcie! A te nowe to niechby już na Karolka szły. Z mojej jednej dwie by miał.
Sam się też czesał, mył, matczyne stare trzewiki,, co mu je dała, porządnie sobie na nogach wiązał, złego słowa nikt od niego nie usłyszał.
- A czy cię też Pan Jezus natchnął z tym sierotą! - mówiła matka do męża. - Ten nasz chłopak to się tak ze wszystkim odmienił, taki się akuratny zrobił, że to daleko szukać takiego!
- Dusza, nie chłopak! - mówiły o nim kobiety z podwórka.
Już nawet nikt go "stróżakiem" nie nazywał. Wszyscy mu grzecznie mówili: Franuś, Franeczek!
Tak było ciągle.
Aż raz, w pół roku może, siedzi ojciec przed kominem i fajkę pali, a Franek... puc go w rękę!
- Cóż tam nowego? - pyta stróż.
- Ja bym tatuńcia prosił, żeby mnie na książce uczyć kazał, to bym potem, jak będę mądry, Karolka też uczyć mógł!
Zabłysły na to ojcu łzy w oku i matka prędko twarz fartuchem otarła, a nazajutrz Franek, uśpiwszy swego wychowańca, zasiadł nad... elementarzem.
Ciekawa rzecz, jak mu też to pójdzie!...
Autor: Maria Konopnicka
Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Osobom spamującym, próbującym reklamować w komentarzach inne strony- podziękuję i ich komentarze będą usuwane.
Pozostałym, bardzo dziękuję za wyrażenie swojej opinii i zapraszam ponownie:)