Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka z ciepłych wysp mórz i oceanów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka z ciepłych wysp mórz i oceanów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2020

Jak dwa kangury o mało jednego lasu nie zadeptały - bajka z Timoru Wschodniego

Jak dwa kangury 
o mało jednego lasu nie zadeptały
bajka z Timoru Wschodniego

W wilgotnym lesie Timoru Wschodniego, kraju, który leży blisko Australii, mieszkały sobie dwa kangury drzewne Xanana i Taur. Były sąsiadami, ale strasznie się ze sobą kłóciły. Czemu? Bo było im bardzo źle na świecie. Na szczęście w bajkach, tak jak i w prawdziwym życiu, zawsze wcześniej czy później nadchodzą radosne dni. Choć czasami trzeba na nie trochę poczekać… 
Xanana i Taur nie były zwyczajnymi kangurami, które skaczą po równinach Australii. Potrafiły wspinać się na drzewa, bo na śniadanie, obiad i kolację zawsze jadały liście. 
– Nie wiem co to będzie, bo nasz las umiera i za chwilę nie będzie liści – rozmyślał Xanana. 
–  Bo masz apetyt jak stado kangurów i objadasz wszystkie drzewa – dokuczał mu Taur. 
– A ty połowę liści gubisz i gniją na ziemi! – odpowiadał Xanana. 
– A ty łamiesz gałęzie! – skarżył się Taur.
 – A ty mlaszczesz tak, że ptaki się płoszą! – robił wyrzuty Xanana. 



Tak zaczynała się zwykle kłótnia, która trwała cały dzień, a często i całą noc, a potem jeszcze kolejny dzień. Xanana krytykował Taura, a Taur Xananę. Oba kangury nie potrafiły powiedzieć o sobie nawzajem nawet jednego dobrego słowa! O co tak naprawdę kłóciły się Xanana i Taur? 

wtorek, 31 marca 2020

O błękitnym kocie - bajka / legenda indonezyjska

O błękitnym kocie 
(bajka / legenda indonezyjska)


Na dalekiej wyspie w Indonezji mieszkał ongiś król lubujący się w kotach. We dni i w nocy trzymał przy sobie kota. A każdy nowy jego ulubieniec przewyższał urodą poprzedniego. 

W czasach, z których pochodzi to opowiadanie, ulubiony kot króla był biały. Miał długą, miękką, jedwabistą sierść, kępki białych włosów na spiczastych uszach i takie same białe kępki na łapkach. Biały kot nosił na szyi obróżkę ze złota i rubinów, a długim, cienkim, złotym łańcuszkiem przywiązano go do napięstka króla. U stóp tronu królewskiego leżała jedwabna poduszka - posłanie dla kota.



Od czasu do czasu król podnosił z poduszki swego ulubieńca i brał go na kolana. Mówiono, że rozmawia z nim o sprawach królestwa. I wiedziano, że osobę, do której kot poczuł niechęć natychmiast wydalano ze dworu. Władca zwykle ustala modę dla swoich poddanych i wobec tego w każdym domu na wyspie także chowano kota. 
Możecie sobie wyobrazić, ile tych kotów było! Czasami istotnie nie dało się zrobić jednego kroku, żeby nie nadepnąć kotu na ogon. Od rana do wieczora rozprawiano o kotach i żadne dziecko nie miało równie miękkiego posłania i smacznego jedzenia, jak domowy kot. Bo tak sobie życzył król. Nic też dziwnego, że króla nawiedzały sny o kotach.
Pewnego ranka przed oblicze monarchy zawezwano wróżbitę. Mędrzec ten umiał tłumaczyć sny, jak gdyby czytał z otwartej księgi. Król zasięgał jego rady, jeśli sam nie potrafił odgadnąć znaczenia jakiegoś snu.
- Minionej nocy - powiedział król wróżbicie - miałem cudowny sen. Śniłem o błękitnym kocie. Kot przypominał kolorem pogodne niebo, miał zielonożółte oczy i nosił obróżkę z rubinów, taką samą jak mój biały kot. W tym śnie ja siedziałem na tronie, a błękitny kot u mnie na kolanach. Ludzie tłoczyli się w procesji, przynosząc mi dary. Tak wspaniałych darów nikt mi dotąd nie składał. Wszyscy ci ludzie w moim śnie byli uśmiechnięci i zadowoleni. To chyba oznacza, wieszczku, że błękitny kot przyniósłby mi szczęście, prawda? Jednak w dalszym ciągu snu kot nagle zeskoczył mi z kolan i uciekł z pałacu. A wszystkie wspaniałe dary znikły, znikli uśmiechnięci ludzie. Powiedz, wieszczku, co ten sen może znaczyć?
Sędziwy badacz snów, przywdziany w magiczne szaty, doskonale wiedział, że musi tak wytłumaczyć sen, aby zadowolić króla. 
Toteż szybko powziął decyzję:
- Twój sen, królu, istotnie był cudowny i przepowiada wielką radość dla twego państwa. Błękitny kot przyniesie wielkie bogactwa. Błękitny kot przyniesie uśmiech szczęścia dla wszystkich mieszkańców tej wyspy. W twoim śnie błękitny kot odszedł, a z nim twoje skarby. Trzeba znaleźć błękitnego kota;,aby powróciły szczęście i bogactwo.
Gadkę tę przewrotny wieszczek całkowicie wyssał z palca, ale opowiedział ją tak sprytnie, że król uznał jego słowa za wyrok zesłany przez niebiosa.
Któż jednak widział na ziemi błękitnego kota - kota koloru pogodnego nieba? 
Ani ja, ani wy, ani oczywiście wróżbita. Król natomiast nie podawał tego w wątpliwość.
- Przynieście mi błękitnego kota! - rozkazał. - Musi to być kot koloru pogodnego nieba. Żądam, aby go znaleziono bardzo szybko!
Wszyscy zatem szukali błękitnego kota ze snu króla. Szukali w pałacach i ubogich chatkach, na strychach i w piwnicach. Szukali dniem i nocą. Na ulicach łapano koty w pułapki sporządzone z worków. Przed każdym progiem stawiano spodeczek z mlekiem, aby zwabić zbłąkane, bezpańskie koty. Znajdowano koty czarne i białe, popielate i rude, koty pstre i łaciate. Na błękitnego kota jednak nikt nie mógł trafić.
Król obiecywał wspaniałe nagrody, coraz wspanialsze w miarę jak czas upływał, a błękitnego kota mu nie dostarczano. W końcu obiecał nawet rękę swej córki i pół królestwa temu młodzieńcowi, który odnajdzie błękitnego kota z jego snu. Na razie i to nie poskutkowało i wtedy król uciekł się do gróźb.  Gdy nadal nikt nie przynosił błękitnego kota. Codziennie wtrącał do pałacowego więzienia dziesięciu swoich poczciwych poddanych. Nieszczęśników wybierano ciągnąc losy.
Całą wyspę ogarnął strach. Z ludzkich twarzy zniknął uśmiech. Każdy drżał, że następnym razem usłyszy własne imię wywołane z kartki. 
Niecierpliwość króla rosła. Zupełnie zaniedbał swego ulubieńca, ślicznego białego kota. Biały kot leżał opuszczony na jedwabnej poduszce i gdy pewnego dnia gdzieś przepadł, król nawet o niego nie zapytał. 
Otóż trzeba wam wiedzieć, że w tej wyspiarskiej krainie żył szlachetny młodzian, który od dawna żywił tajemną miłość do królewny. Usłyszawszy o obietnicy króla, że jej rękę dostanie ten, kto znajdzie błękitnego kota, młodzieniec zamyślił się głęboko. 
Dumał i dumał, no i w końcu przyniósł królowi upragnionego kota z jego snu. Niektórym dworzanom kot wydał się podobny do poprzedniego, białego ulubieńca. Miał ten sam wzrost i zielonożółte oczy, tylko oczywiście, porastała go błękitna sierść. Nikt nigdy nie spotkał na świecie kociego futerka o tak nasyconej błękitnej barwie. Król wszakże żadnych pytań nie zadawał.
To był przecież niewątpliwie kot z jego snu! 
Gdy obudził się tego szczęśliwego poranka, na poduszce w nogach łóżka leżał błękitny kot o zielonożółtych oczach. Taki sam jak we śnie. A na szyi miał obróżkę z rubinów taką samą, jaką nosił jego biały poprzednik. Błękitny kot ocierał się mrucząc o ramie króla. Tak jakby zwierzątko od dawna było królewskim pieszczochem.


Gdy król siedział na tronie, błękitny kot wskakiwał mu na kolana, jakby od niepamiętnych czasów tu siadywał. Król promieniał teraz szczęściem. Ludność wyspy również promieniała. Nikt już nie obawiał się wiezienia i wobec tego znoszono do stóp króla bogate dary. Do sali tronowej ciągnęła nie kończąca się procesja ofiarodawców tak właśnie jak w jego cudownym śnie.
- Obiecałem, że temu kto mi znajdzie błękitnego kota oddam córkę za żonę, trzeba urządzić wesele.
I tak szlachetny młodzian poślubił swoją ukochaną i otrzymał połowę królestwa.
Mieszkańcy wyspy jednakże dziwowali się skrycie, patrząc na błękitnego kota. Niektórzy powiadali, że jego futerko wcale nie jest z natury błękitne. Szeptano, że poprzedniego faworyta, białego kota, przefarbowano po prostu na błękitny kolor. Niejeden kiwał głową z niepokojem na myśl o śmiałości młodego oblubieńca, który odważył się spłatać takiego figla samemu władcy. 
Życie na wyspie toczyło się teraz spokojnie i gładko. Odkąd król miłą błękitnego kota i trzymał go stale na kolanach, nigdy nie wpadał w gniew ani z zły humor. Któż więc z jego poddanych mógł okazać taki brak rozsądku, aby zadawać pytania na temat błękitnego kota, któremu wyspa zawdzięczała spokój i szczęśliwość?
I podstęp nigdy nie wyszedłby na jaw, gdyby pewnej nocy kot nie wysunął łebka z rubinowej obróżki i gdyby nie wyskoczył przez okno, udając się na przechadzkę po ogrodowym murze! 
Jego nieobecność zauważono dopiero rano.
Cały pałac został przewrócony do góry nogami w czasie poszukiwań. Król nie miał wątpliwości, że jeśli błękitny kot zginie, kraj nawiedzi jakaś straszna klęska. Służebnicy przeszukiwali cały pałac, komnatę po komnacie. Zaglądali pod łóżko króla i za jego tron. Ale błękitny kot przepadł bez śladu.
W końcu przyszło komuś do głowy przeszukać ogród. 
I tam, koło pralni, w beczce, do połowy wypełnionej mydlinami znaleziono przedziwne stworzenie. Kot króla wpadł do beczki i niestety, jego futerko przypominało teraz błękit nieba nakrapiany białymi obłoczkami. Bo prawie cała błękitna farba, którą przemalowano białą sierść dawnego ulubieńca, została w mydlinach.


Możecie sobie wyobrazić gniew króla, gdy dowiedział się, że go oszukano.
- Mąż mojej córki musi umrzeć - rozkazał - Nawet więzienie jest dla niego zbyt łagodną karą. Sprowadził klęskę na cały kraj, bo nasz 1os zależy przecież od prawdziwego, a nie od farbowanego błękitnego kota!
Królewna kochała swego młodego małżonka. Kochała go bardzo mocno i nie chciała go stracić.
A więc padła na kolana przed rozgniewanym ojcem i zawołała:
- Co on zrobił złego, ojcze? Chciałeś mieć błękitnego kota i on ci takiego kota dostarczył. Chciałeś, aby kraj był szczęśliwy i błękitny kot przyniósł wszystkim spokój.
- Ale ja chciałem mieć błękitnego kota z moich snów, kota, który według zapewnień wróżbity miał mi przynieść szczęście.
- Tamten kot, ojcze, to był tylko sen - mówiła królewna z płaczem - Mój mąż pokazał ci, że sen jest jedynie snem. Szczęście przychodzi wtedy, gdy się w nie wierzy. Ty uzyskałeś szczęście dzięki przekonaniu, że twój biały ulubieniec jest błękitnym kotem. Przecież twój biały kot wcale nie jest gorszy, jeśli się nad tym zastanowisz. 
I wtedy właśnie biały kotek ze śladami niebieskiej farby wskoczył na kolana króla. Gniew monarchy rozproszyły już częściowo słowa ukochanej córki. A teraz roześmiał się głośno. Potarł ręką miejsca, które pozostały jeszcze błękitne na futerku ulubieńca i roześmiał się znowu.
- Trzeba tego kota jeszcze raz zanurzyć w beczce z mydlinami rozkazał - Zmyjcie z niego wszelkie ślady mojej nierozwagi. Biały kot wcale nie jest gorszy od błękitnego. Od tej chwili w moim królestwie nie będzie już miejsca dla kotów, które pojawiły się tylko we śnie.

Autor: Frances Carpenter 
bajka pochodzi z książki "Księżniczka z kamforowego drzewa" 


Wydanie z 1966


Ilustracje pochodzą z pl.pinterest.com i nie są oryginalnymi ilustracjami z książki.

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 

Władca deszczu i piękna księżniczka- bajka jawajska

Władca Deszczu i piękna księżniczka
bajka jawajska znad Oceanu Indyjskiego (Indonezja)




wtorek, 30 kwietnia 2019

Anansi i czarodziejska fontanna - bajka kubańska z Ameryki Północnej

Anansi i czarodziejska fontanna
bajka kubańska

z Ameryki Północnej
Ta bajka znana jest też pod tytułem: 
"Mirote i czarodziejska fontanna"




Była sobie raz mała dziewczynka. Na imię miała Anansi. Wcześnie ją odumarła matka i biedna, mała Anansi wychowywała się u macochy. Macocha była bardzo zła, często biła Anansi, głodziła ją i do najcięższej roboty zapędzała. Anansi była dobra, pracowita i łagodna jak baranek, ale w niczym nie mogła macosze dogodzić, toteż nieraz gorzkie łzy przelewała. 
Czasami, kiedy macocha spała, Anansi wykradała się z domu, szła nad fontannę i siadała na brzegu słuchając szemrania wody. Przychodziły tu kobiety z dzbankami i litowały się nad Anansi-sierotą, dawały jej kawałek placka słodkiego albo nawet całego banana. 

Mijały lata i mała Anansi stała się już dużą Anansi, ale jej dola ani na jotę się nie polepszyła. Anansi była chudziutka, sama skóra i kości, zabiedzona na śmierć niemal, w nędznej swojej odzieży wyglądała jak żebraczka. A trzeba wam wiedzieć, moi kochani, że macocha Anansi miała córkę, imieniem Miro ta, piękną i rozpieszczoną, o białych rączkach, co nie zaznały nigdy pracy, o policzkach jak brzoskwinie i oczach czarnych jak noc. 
Piękna Mirota była zła, kłamliwa, dumna ze swej urody jak pawica i leniwa jak kotka. Anansi musiała usługiwać swej przyrodniej siostrze, ubierać ją, czesać, stroić we wstążki, kwiaty i pióra, a Mirota za to niejeden raz darzyła ją kuksańcem, wyśmiewała się z Anansi, poszturchiwała ją ciągle i skarżyła się na nią przed matką. 
Pewnego dnia jak zwykle mówi macocha do Anansi: 
— Przynieś drew na opał, rozpal ogień i śniadanie gotuj, a żywo! 
Zwija się Anansi jak umie przy robocie, drwa rąbie, ogień nieci, wnet śniadanie gotowe. 
A tymczasem Mirota wyleguje się w łóżku do południa, obsługiwać się każe, słodyczami się opycha, a na koniec jak nie wrzaśnie na Anansi: 
— Co się dziś tak guzdrzesz, niezdaro jedna, dalejże, bierz grzebienie i wstążki, masz mnie dziś pięknie uczesać, na tańce idę.
Anansi czesze piękne włosy Miroty, stroi je we wstążki, a ta ją szpilkami kłuje i krzyczy na całe gardło: 
— Ach, ty wstrętna bezwstydnico, jak śmiesz mi targać włosy!




Na koniec wpina Anansi czerwony kwiat w loki Miroty, a ona go ze złością wyrywa, nogami depce i drze się wniebogłosy: 

— Żółty, żółty, ile razy ci mówiłam, że ma być żółty. Czerwonych kwiatów nie znoszę, bo mi w nich nie do twarzy, a ty na złość mi je wpinasz. Czekaj, czekaj, ty podła, niech tylko matka przyjdzie, to zobaczysz, jakie ci lanie sprawi. Wreszcie Mirota jest już uczesana, wystrojona, kwitnąca jak róża. Lekkim kroczkiem z domu wybiega, na złotym nadmorskim piaseczku razem z innymi dziewczętami spaceruje, oczami na prawo i lewo strzela, śmieje się wesoło i piosenki sobie śpiewa.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Poszukiwacze Słońca - bajka polinezyjska z Oceanii

Poszukiwacze Słońca 
bajka polinezyjska 




Te-ermi, syn Te-tareva, żył długo w chłodnej i ciemnej ziemi Avaiki, krainie cieni. Pewnego razu, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, po całym kraju rozniosła się wieść, że daleko za morzami, za rzekami rozciąga się państwo Słońca, gdzie panuje jasność i ciepło. Odtąd Te-ermi nie zaznał spokoju. Musi zobaczyć Słońce, musi zobaczyć światło. 
Ale jak je odnaleźć? W której stronie świata? 
Te-ermi postanowił zbudować kanoe. Budował je w tajemnicy przed wszystkimi, tylko bratu swemu, Matereka, o śmiejącym obliczu, powiedział o swoich planach. Odtąd Te-ermi i Matereka pracowali razem. Szli do lasu i tam wyszukiwali drzew o twardej korze, które nadawałyby się na mocną łódź. 
Ścinali pień, obciosywali i drążyli go toporkami, a przy tej robocie śpiewali:


„Śmiało, Matereka, 

Wesoło dźwięczą topory! 
Mocne drzewo, ta ra rach! 
Mocna kanoe, śmigła kanoe, 
Holla, ho! Holla, ho! „ 


Ilustracja: Stacy Vosberg

W końcu dwie piękne łodzie były gotowe. Pierwszą łódź nazwali: „Dość mam ciemności”, drugą: „Bezsenne noce”. Zanieśli łodzie na morskie wybrzeże, ustawili maszty i rozpięli żagle, i chwycili wiosła, i odbili od brzegów.

niedziela, 24 marca 2019

Wampir z Myknos - bajka grecka

Wampir z Myknos 
bajka grecka 


Dawno temu na wyspie Mykonos żył pewien krnąbrny chłop. Nikt już nie pamięta jak się nazywał, ale mówi się, że wśród mieszkańców wyspy narobił sobie wielu wrogów. Jego uczynki doprowadziły do tego, że w końcu ktoś nie wytrzymał i skrytobójczo go ukatrupił.
Po kilku dniach jego ciało zostało pochowane w miejscowej kaplicy i od tego momentu na wyspie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Musicie bowiem wiedzieć, że niedobry charakter człowieka i gwałtowna śmierć sprowadzają na świat zło.
W domach nocami zaczęła pojawiać się mroczna zjawa, która budziła domowników, przewracała meble i diabelskim uściskiem dusiła przerażonych ludzi. Szybko domyślono się, że zjawa jest powstałym z grobu krnąbrnym sąsiadem.
Po kilku dniach mieszkańcy postanowili odprawić nad grobem zmarłego mszę. Ponieważ podejrzewano, że dręcząca ludzi zjawa może być wampirem wyrwano zwłokom serce, a następnie je spalono. Dokonujący tego rytuału twierdził, że ciało po tylu dniach wciąż było ciepłe, unosił się z niego ciemny dym, a krew miała żywa barwę.
Niestety zabiegi te nie przyniosły oczekiwanego skutku. Wampir jeszcze mocniej zaczął dokuczać mieszkańcom wyspy Mykonos. Nie pomogły pokutne posty, kropienie domów wodą święconą, a nawet wlewanie tejże wody do ust ciała upiora. Ludzie ze strachu zaczęli porzucać swoje domy i opuszczać wyspę.
W końcu postanowiono przenieść zwłoki zmarłego na Wzgórze Świętego Jerzego i tam je spalono po uprzednim oblaniu smołą. Dopiero ten zabieg uwolnił ludzi od uciążliwego wampira, a na wyspę Mykonos powrócił spokój.


Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 
oraz propozycje w zakładkach: bajka bałkańska i bajka z ciepłych wysp, mórz i oceanów



Dlaczego kangury mają torby? - bajka australijska

Dlaczego kangury mają torby? 
bajka australijska




Mieszkała sobie kiedyś, na australijskim lądzie, pewna Kangurzyca. Miała milutkiego i dobrego synka – Kangurka, jednak nieco rozbrykanego. Gdy tylko Kangurzyca odwracała się, aby poskubać trawę, dziecko uciekło jej, a ona musiała go potem długo szukać.




Pewnego razu Kangurzyca zostawił Kangurka w widocznym miejscu i postanowiła ucztować na soczystych zielonych łąkach. Trawa tam była smaczna, a Kangurzyca skubała ją z przyjemnością i wielkim smakiem.

bajka filipińska - Ptak i Bawół

Ptak i Bawół
bajka filipińska 

Paul Krapf
Ptak, o którym będzie mowa, może należeć do rozmaitych gatunków stosownie do kraju, gdzie bajka jest opowiadana. Czasem powiadają, że to mały ryżowiec. Są nawet tacy, co twierdzą, że był to maleńki koliber. Najłatwiej jednakże wyobrazić sobie białą czapelkę jako bohaterkę bajki, bo w wielu gorących krajach Azji niezmiernie często widuje się tego ptaka na grzbiecie burego bawołu. 
Bawół ciągnie pług albo stoi w strumieniu czy kanale zanurzony aż po same nozdrza. Cóż jest przyjemniejszego nad ochłodę w świeżej wodzie, gdy straszliwy żar spływa wraz z promieniami słońca na ziemię? Po grzbiecie bawołu spaceruje tam i z powrotem biała czapelka i wydziobuje kleszcze i muchy pełzające po burej skórze zwierzęcia. A w najgorętsze godziny dnia ptak ucina tam sobie drzemkę. Ale nie zawsze tak bywało: opowiadają o tym filipińskie babunie swoim wnuczętom na wyspie Mindanao. 
Pewnego razu w dawnych czasach bawołu zniecierpliwiła ciągła obecność czapelki na grzbiecie i próbował pozbyć się nieproszonego gościa. Gniewnie machając ogonem usiłował strząsnąć z siebie czaplę. Z biciem białych skrzydeł ptak odfrunął wtedy na pobliską palmę kokosową. Możecie sobie wyobrazić niezadowolenie czapelki z utraty tak wygodnego miejsca odpoczynku. Traciła ponadto świetny teren polowania na kleszcze i muchy. Nic więc dziwnego, że próbowała wkraść się z powrotem w łaski bawołu. 
— Jeszcze pilniej będę oczyszczać d skórę z dokuczliwych insektów — obiecywała. — Pozwól mi tylko wrócić na swój grzbiet. Już będę uważać, żeby spacerować po tobie delikatnie. 

Stara kobieta i ryby - bajka jawajska z Indonezji

Stara kobieta i ryby

bajka jawajska

"Gałąź bez morza nie stanie się reją".


Dawno temu żyła na Jawie biedna stara kobieta, która nic nie wiedziała o Bogu. Nie umiała się modlić, a z powodu swego ubóstwa była przez wszystkich odtrącona. Pewnego razu, w czasie wielkiej suszy, przechodziła koło wysychającego stawu. 
Zobaczyła, jak wymęczone ryby, wystawiwszy swe pyszczki nad wodę szeptały:
- Panie, Panie, ześlij nam deszcz, aby ten napełnił staw, bo już dłużej nie wytrzymamy. 
Kobieta zatrzymała się zdziwiona, przysłuchując się, do kogo zwracają się biedne ryby. Jej zdziwienie było jeszcze większe, gdy nagle spadł obfity deszcz, przynosząc ochłodę i napełniając staw wodą. Zrozumiała wtedy, że jest jakiś Bóg, który lituje się nad biednymi i pokrzywdzonymi. 
Wróciła do domu i zaczęła się głośno modlić, wypowiadając słowa podobne do tych, które mówiły ryby:
- Panie, Panie, zlituj się nad moją biedą. Wspomóż mnie, gdyż nie przetrwam dłużej. 
Modliła się długo i głośno, wzywając imię Allaha. Za ścianą jej izdebki mieszkał nieżyczliwy sąsiad. Przeszkadzały mu głośne westchnienia i zawodzenia biedaczki. Toteż kiedy zmęczona wreszcie usnęła, zebrał w worek kupkę kamieni i odpadków i wrzucił go do jej ubogiej izdebki. 
Śmiał się przy tym:
- Myślisz, babo, że Bóg nie ma nic innego do roboty, jak tylko wysłuchiwać twoich lamentów. Masz oto swoje wymarzone złoto! 
Rano, gdy kobieta się obudziła, zobaczyła woreczek na podłodze. Otworzyła go... a w środku było pełno złotych monet.
O tego dnia nie zaznała już więcej biedy i umiała modlitwą dziękować Bogu za okazane łaski.

Autor: Janusz Krzyżowski 
Ilustracja: Surmaajav Chimeddorj 

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 

Wieśniak i mysi jelonek- bajka indonezyjska

Wieśniak i mysi jelonek
bajka indonezyjska


"Koń własnych dzieci nie nosi, ci zaś, których nosi, nie są jego dziećmi". 

Pewnego dnia kanczyl przechodził obok ogrodu wieśniaka, który uprawiał na sprzedaż ogórki, kardy i słodkie kartofle. 
- Mmmm... jak tu pięknie pachnie, westchnął - pojadłoby się - rozmarzył się łakomczuch. Ale wieśniacy są mądrzy, potrafią strzec swoich skarbów - pomyślał. 
Odszedł kawałek, ale znów doleciał go kuszący zapach warzyw. 
- Może trochę z boku ogródka uda mi się skubnąć bez ryzyka - pomyślał. Skradał się z boku grządek. Już miał chwycić za ogórek, gdy nagle trach... Coś zgrzytnęło i pułapka przytrzasnęła mu nóżkę. Szarpał się i szarpał a ból stawał się coraz większy. Wreszcie opadł z sił i czekał na swój los. Przyszedł wieśniak, popatrzył i się oblizał. 
- Piękny okaz -- powiedział. - Będzie w sam raz na jutrzejszy obiad. Przychodzą sąsiedzi, będzie ich czym ugościć. 
Zabrał biedaka do worka i zamknął w zagrodzie dla kóz. 
- Czekaj tu spokojnie do jutra. Wtedy cię odwiedzę, ha, ha, ha... 
W nocy coś podbiegło i zaczęło obwąchiwać zagrodę. Był to pies ogrodnika. 
- Co tam robisz w zagrodzie? - zapytał. - Czy mój pan cię złapał? 
- Ależ skądże - zaprzeczył kanczyl. - Wiesz, że będzie jutro uroczysty obiad. Już zjechali się goście. Zabrakło w chacie miejsc do spania i ja śpię tutaj. Jutro mam być gościem honorowym! 
- Ty gościem honorowym? Ja zawsze wiernie służyłem w tym domu. Ja powinienem nim być! 
- Masz rację, bracie - powiedział mały - naprawdę byłeś wierny. Mogę ci odstąpić swoje miejsce. Wejdź do zagrody. 
Pies otworzył zagrodę, zajął miejsce kanczyla i podziękował mu. 
- Baw się jutro dobrze, bracie! - zawołał malec i pobiegł do lasu.

Autor: Janusz Krzyżowski
Ilustracja: Surmaajav Chimeddorj

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 

Ostrożnie wybieraj przyjaciół - bajka jawajska z Indonezji

Ostrożnie wybieraj przyjaciół 
bajka indonezyjska

"Doświadczenie prowadzi szkołę, w której lekcje są bardzo drogie". 


Kiedyś na Jawie polna mysz zaprzyjaźniła się z lekkomyślną żabą. Lubiły się bardzo, ale mało czasu mogły spędzać razem, gdyż jedna lubiła suchą łąkę, a druga staw. Pewnego dnia żaba postanowiła zrobić myszce psikusa. Niespodziewanie przywiązała jej łapkę do swej nogi i skoczyła do wody. 
- Zobacz - krzyczała - jaka przyjemna jest woda. 
Pływała, nurkowała, ciągnąc za sobą pod wodę mysz. Była w swym żywiole. Tymczasem biedna myszka traciła oddech, opiła się wody, aż wreszcie utopiła się. Nieruchomo, brzuszkiem do góry leżała na wodzie bez życia. 
Taką właśnie sytuację zobaczył latający pod chmurami sokół. W jednej chwili poszybował w dół. Porwał mysz, a z nią razem przywiązaną za łapkę żabę. Zjadł je obie. Tak więc uważajmy, z kim się przyjaźnimy.

Autor: Janusz Krzyżowski 
Ilustracja: Surmaajav Chimeddorj 

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 

Dewi Kadita - bajka (legenda) jawajska

Dewi Kadita 
bajka (legenda) indoneyjska
z wyspy Jawa

„Kto mało tnie, musi wiele szarpać.”

Ilustracja: Maestro M. Idris

Przed wiekami zachodnią Jawą rządził król Prabu Siliwangi. Miał on wielki harem, ale najbardziej miłował najmłodszą ze swych żon. 
Właśnie ta piękna dziewczyna urodziła mu śliczną córeczkę. Król był szczęśliwy. Nazwał ją Dewi Kadita. Haremowe damy były jednak bardzo zazdrosne. Ponieważ znały czarną magię, za pomocą zaklęć odebrały młodej żonie i jej dziecku urodę i zamieniły je w brudne żebraczki. Nadzorca haremu nie rozpoznał królowej ani jej córki i wygonił dziewczyny z zamku. 
Długo wędrowały obie przez pustkowia. Młoda królowa zmarła z wycieńczenia, a Dewi Kadita sama dotarła nad brzeg oceanu. Jakiś głos nakazał jej wejść do wody i ta obmyła jej brzydotę. Na powrót dziewczyna zajaśniała niespotykana urodą. Okoliczni mieszkańcy wybrali ją na królową i odtąd nosiła jawajskie imię Nji Roro Kidul, czyli Pani Południowego Morza. Po roku ożenił się z nią syn władcy z muzułmańskiego królestwa Mataram. 
W ciągu następnych wieków jego władcy podbili ziemie, którymi rządził kiedyś Prabu Siliwangi.

Autor: Janusz Krzyżowski

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 


Landorundun - bajka indonezyjska

Landorundun 

bajka indonezyjska 
z wyspy Celebes (Sulawesi)

"Gekon wbiegł po ścianie, wąż się wspiął na drzewo, 
pocałujesz z prawej, zwróci się na lewo".


Na południu Celebesu w wiosce Toradża żyła piękna dziewczyna o imieniu Landorundun. Jak wszystkie dziewczyny z tej wyspy miała piękne i lśniące czarne włosy. Włosy Landorundun były jednak znacznie dłuższe niż innych dziewcząt.
Pewnego dnia panna poszła nad rzekę umyć je, a później czesała delikatnie grzebieniem. Jeden z włosów wpadł do wody i ta zaniosła go aż ku morzu. 
W tym samym czasie młody odważny rybak Bandurana zarzucał sieć w zatoce, w której spoczął lśniący włos dziewczyny.
- Przynieś to, co tak lśni przy brzegu - nakazał jednemu ze swych majtków.
Kiedy jednak chłopak wrócił z niczym, tylko pokaleczywszy ręce o skały, Bandurana posłał następnego. I ten wrócił z pustymi rękoma. Wreszcie zniecierpliwiony młodzieniec sam udał się do zatoki. Znalazł połyskujący włos i zaczął nawijać go sobie na rękę. Długo to trwało, bo włos był bardzo długi. Wreszcie rybak skończył nawijanie i postanowił, że dziewczyna o tak pięknych włosach, musi być w przyszłości jego żoną. 
Na szczęście wędrowne ptaki zaprowadziły go do wioski, gdzie żyła dziewczyna. Przedstawił się rodzicom, lecz ci uznali, że chociaż jest doskonałym kandydatem na męża, to Landorundun jest za młoda, aby opuścić teraz rodziców. 
Obiecali mu ją dać za dwa lata. Zakochany chłopak nie chciał jednak czekać. Postanowił użyć podstępu. Dał matce szklaną butlę i jeśli zdoła ją napełnić piachem, to zgadza się poczekać na dziewczynę jeszcze dwa lata. Matka zaczęła sypać piach do butelki. W dnie jednak była dziurka, przez którą piach się wysypywał. Zadanie było nie do wykonania. Na koniec rodzice zgodzili się na małżeństwo, które okazało się bardzo udane.

Autor: Janusz Krzyżowski
Ilustracja: Surmaajav Chimeddorj

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 

Telaga Warna - bajka (legenda) indonezyjska

Telaga Warna

bajka (legenda) indonezyjska 

"Bóg daje każdemu mężczyźnie jego dzień świętości, a każdej kobiecie jej dzień diabelski".


Bardzo dawno temu mądry i sprawiedliwy władca o imieniu Prabu rządził niewielkim królestwem w zachodniej Jawie. Był to szczęśliwy okres dla wszystkich poddanych. Czas był spokojny, władca szczodry, a lud pracowity. Jedna tylko zgryzota gnębiła królewską parę - nie mieli potomstwa. 
Po kilku latach król Prabu udał się do pustelni w lesie. Długo i żarliwie modlił się do Boga o dziecko. Stwórca wysłuchał wreszcie błagań monarchy i obdarzył go piękną córką. 
Jedynaczka jaśniała urodą. Była bystrym dzieckiem i umiała wykorzystywać miłość rodziców do spełniania swych zachcianek. Z roku na rok stawała się coraz bardziej egoistyczna i samolubna. Mimo to poddani bardzo ją kochali. Na siedemnaste urodziny księżniczki przynieśli do pałacu wiele złotych monet i szlachetnych kamieni. Król polecił, aby jubiler wykonał ze złota piękny naszyjnik. W czasie uroczystości, w której uczestniczyło wielu znamienitych mieszkańców królestwa, wręczono pannie misterny naszyjnik na jedwabnej poduszeczce. 
Ta, spojrzawszy na niego, ze złością rzekła:
- Jest paskudny. Takiego nie chcę.
Rzuciła naszyjnik na marmurową posadzkę pałacu. Rozpadły się złote ogniwa, potoczyły się klejnoty na wszystkie strony. Rozpłakała się królowa. Zebrani zaczęli jej wtórować. Po chwili płakał już cały tłum zgromadzony w pałacu i na dziedzińcu przed nim. 
Oburzyła się Ziemia. Wzgardzono jej klejnotami i kruszcem. Pękła posadzka w pałacu, a przez szczelinę zaczęły wydobywać się strugi wody. Po krótkim czasie zatonął cały pałac. W jego miejscu znajduje się dziś w miejscowości Puncak w zachodniej Jawie szmaragdowe jezioro nazywane Telaga Warna, czyli Jezioro Pełne Kolorów. 

Autor: Janusz Krzyżowski
Ilustracja: Surmaajav Chimeddorj

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 

bajka indonezyjska- Dlaczego nietoperze latają tylko w nocy?

Dlaczego nietoperze lataja tylko w nocy? 
bajka indonezyjska


"Gdzie nie ma orłów, pasikonik mówi, że jest orłem". 


Bardzo dawno temu, kiedy Bóg stworzył świat, postanowił go wypełnić ptakami i innymi latającymi stworzeniami, aby był jeszcze piękniejszy. Ptaki wypełniły przestworza swą obecnością, śpiewem, ćwierkaniem oraz odgłosami swoich sprzeczek. 
Każdy z ptaków miał wybrać sobie odpowiednie dla niego jedzenie. Małe ptaszki skromnie wybierały jako pokarm ziarenka traw i zbóż. Większe wybierały owoce leśne, różne rodzaje jagód i wiśnie, każdy stosownie do swej wielkości. 
Kiedy przyszła kolej, aby swój pokarm wybrał nietoperz, ten postanowił chytrze wybrać jak największy owoc z lasu. Upatrzył więc sobie owoc tabigi. Był on prawie tak wielki jak melon i wyglądał bardzo pięknie. Był jednak za duży dla małego nietoperza i świadczył o jego łakomstwie. 
Okazało się, że piękny owoc tabigi ma bardzo grubą skórę, a w jego wnętrzu jest tylko parę niesmacznych pestek. Śmiały się z nietoperza wszystkie ptaki, ten zaś bardzo się zawstydził swej chytrości. 
Do dzisiaj się wstydzi latać w dzień i opuszcza swe siedliska tylko w nocy, tak aby nie napotkać żadnego ptaka. 

Autor: Janusz Krzyżowski
Ilustracja: Surmaajav Chimeddorj

Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 


Kto silniejszy - bajka indonezyjska

Kto silniejszy
bajka indonezyjska
"Kto łowi ryby, ten wchodzi do wody". 


Pewnego dość chłodnego poranka, wysoko ponad chmurami, wiatr spotkał na swej drodze słońce. 
Wiatr jak zwykle swawolny i zaczepny zagadnął: 
— Przyjacielu, wiele o tym myślałem, kto z nas jest silniejszy. Doszedłem do wniosku, że chyba jednak ja. Na pewno ja! 
Słońce, jak zwykle spokojne, odparło: 
— Sądzę, że się mylisz. Ty jesteś gwałtowny, ale ja silniejsze. 
— Sprawdźmy, czyja siła jest większa — krzyknął wiatr. 
— Dobrze — odparło słońce. 
— Widzisz tam na dole po ziemi idzie dziewczyna. Poranek jest rześki, więc okryła się szalem. Kto z nas potrafi zdjąćz niej ten szal, ten będzie silniejszy. 
— W porządku — krzyknął wiatr. — To dla mnie fraszka. 
Spadł na ziemię z wielkim pędem. Powiał w twarz dziewczynie. Ta czym prędzej zawinęła się szczelnie szalem i szła dalej. Im silniej wiatr wiał, tym mocniej okręcała się szalem dziewczyna. 
Wreszcie wiatr zmęczył się i krzyknął: 
— Co za uparta dziewucha. One wszystkie są takie przekorne. 
Wtedy słonce wyszło zza chmury i napełniła się ziemia ciepłem jego blasku. Uleciały mgły i chłody poranka. 
Nastała piękna upalna pogoda. Dziewczyna czym prędzej zdjęła szal.


Autor: Janusz Krzyżowski
Ilustracje: Surmaajav Chimeddorj


Przeczytaj też bajki z innych zakątków świata w zakładce: 

piątek, 22 marca 2019

Mądry mysi jelonek - bajka indonezyjska

Mądry mysi jelonek
bajka indonezyjska


"Gdzie morze, tam piraci."


Kanczyl nazywany ze względu na swą wielkość ,,mysim jelonkiem", znany był ze swego sprytu. Pewnego razu spotkał na swej drodze tygrysa. 
- Hej, maluchu, będziesz dziś moim obiadkiem. 
To wcale nie uśmiechało się kanczylowi. W pobliżu dostrzegł jednak błotnistą kałużę. 
- Nie mogę, panie, być twym obiadem, bo król kazał mi pilnować swego budyniu. 
Wskazał na kałużę. 
- Królewski budyń? - zdziwił się tygrys. - To musi być pyszne. Dasz mi spróbować? 
- Proszę, ale nie mogę być przy tym. Pozwól mi odejść. 
Kiedy pobiegł do lasu, tygrys zabrał się do ,,królewskiego budyniu". 
- A fuj - krzyknął. - Toż to jest błoto! Ja ci pokażę maluchu! - krzyczał za mysim jelonkiem. 
Po kilku dniach znów się spotkali na leśnej ścieżce. 
- Dzisiaj mi nie umkniesz, maluchu. Dziś będziesz moją przekąską - zaryczał tygrys. 
- Dzisiaj nie mogę - ze strachem piszczał kanczyl, który kątem oka zobaczył leżącą w pobliżu wielką kobrę. - Król kazał mi pilnować swego drogocennego pasa, aby nikt go nie ruszał - i tym momencie wskazał na lśniącą kobrę. 
- Pozwól mi go choć na chwilę przymierzyć - prosił tygrys. 
- Dobrze - odparł malec. - Nie chcę mieć jednak nic z tym wspólnego. 
- Królewski pas, ho ho - mamrotał tygrys, okręcając się kobrą. 
Wtedy usłyszał już tylko: Ssssssssss i po chwili leżał martwy.

Autor: Janusz Krzyżowski
Ilustracja: Surmaajav Chimeddor

poniedziałek, 4 marca 2019

Czarodziejska muszla - bajka z ciepłych wysp (na kliszy do rzutnika)

Czarodziejska muszla
bajka z ciepłych mórz i wysp

(bajka na kliszy do rzutnika)


U brzegu morza, na stromych skałach,
Dao w koszyczek kraby zbierała.


Wtem Demon Morski ujrzał dziewczynę.
Porwał ją z brzegu, wciągnął w głębinę.