O kalifie- bocianie
Dawno, dawno temu w odległym Bagdadzie, żył sobie pewien kalif, który w swym pałacu gromadził cenne, starożytne przedmioty i mnóstwo innych, niecodziennych skarbów. Pewnego pięknego popołudnia, kalif Bagdadu – a miał on na imię Chasyd, odpoczywał, leżąc na kanapie. Palił fajkę z drzewa różanego i popijał kawę w filiżance z chińskiej porcelany. Kawa była wyśmienita, a po każdym łyku kalif gładził brodę niezmiernie zadowolony i szczęśliwy. W takich chwilach, błogiego odpoczynku, kalif miał bardzo dobry humor i można było go pytać o wszystko i o wszystko prosić. A on chętnie odpowiadał na pytania i nie złościł się. Ponadto spełniał prośby poddanych. Wielki wezyr kalifa, doskonale o tym wiedział. Dlatego ze wszystkimi prośbami zawsze przychodził do swego władcy w godzinie jego popołudniowego odpoczynku. Tak było i teraz. Wezyr pojawił się przy kalifie, ale tym razem nie prosił o ukaranie winnego, ani nie narzekał na ludność miasta, tylko skłonił się nisko kalifowi i jak nigdy dotąd, odsunął się cicho na bok. Kalif był bardzo zaskoczony.
Opuścił z ust drewniana fajkę i zapytał:
- Co cię martwi, Wielki Wezyrze? Dlaczego twoja twarz jest taka smutna?
Wezyr skrzyżował ręce na piersi i nisko pochylając się przed swym panem rzekł:
- Och, Wielki Władco! Nie wiem, czy moja twarz jest smutna, czy nie, ale dobrze wiem, że u bram pałacu stoi kupiec, który ma na sprzedaż przepiękne towary. I wiem też, że nie mogę kupić od niego nawet najdrobniejszej rzeczy, bo nie mam wystarczającej ilości pieniędzy.
Nie na darmo chwalono kalifa za jego szczodrość i miłosierdzie, a było ono wielkie, dopóki w jego filiżance znajdowała się kawę, a w fajce tytoń. Natychmiast wezwał kalif niewolnika i nakazał mu przyprowadzić kupca do swej komnaty. Kupiec wkroczył do sali taszcząc na ramionach wielką skrzynię. Położył ją u stóp kalifa i otworzył wieko.





























